Myślę

Prima aprilis – najzabawniejszy dzień roku


 

Pierwszy dzień kwietnia, czyli z łaciny właśnie prima aprilis, jest w naszej kulturze tradycyjnie dniem wyprowadzania w pole każdego, kto nie zachowa czujności. Zwyczaj ten jest kultywowany nie tylko przez Polaków.

Prima aprilis – lokalne odmiany

W krajach anglosaskich pierwszy dzień kwietnia to All Fools’ Day (Dzień Głupców), w Holandii Grappen Daag (Dowcipny Dzień), na Litwie Melagio diena (Dzień Kłamcy), podobnie zresztą jak w Portugalii: Dia da mentira (Dzień Kłamstwa). W Rosji jest on obchodzony jako swojsko brzmiący День Cмеха (Dzień Śmiechu). Najdziwniej chyba obyczaj ten nazywa się we Francji i we Włoszech, gdzie nasz prima aprilis to odpowiednio Jour du poisson d’avril (Dzień Kwietniowej Ryby) oraz Pesce d’aprile (Kwietniowa Ryba). Ta tajemnicza nazwa ma związek ze starym miejscowym zwyczajem przypinania do pleców nieświadomych niczego ofiar papierowych ryb wyciętych z papieru, często ozdobionych zabawnymi rysunkami lub dowcipami.
Co ciekawe, w krajach hiszpańskojęzycznych dniem związanym z kawałami jest nie 1 kwietnia, tylko 28 grudnia, kiedy to świętuje się tam katolickie święto upamiętniające biblijną rzeź niewiniątek pod nazwą Día de los Santos Inocentes (Dzień Świętych Młodzianków).

Skąd taki zwyczaj?

Wróćmy jednak do samego początku, czyli genezy tej nietypowej tradycji. Jest ona dosyć tajemnicza i badacze tematu nie są zgodni, kiedy i w jakich okolicznościach obchodzono w ten sposób początek kwietnia po raz pierwszy. Wielu historyków domniemywa, że już starożytni Rzymianie zabawiali się tego dnia w wystrychiwanie na dudka, komiczne występy, przebieranki i maskarady.

Pierwszy kwietnia był bowiem w Rzymie świętem nazywanym Veneralia, obchodzonym na cześć bogini Wenus, która, jak dobrze wiemy, jest odpowiednikiem greckiej Afrodyty. A to właśnie od jednego z etruskich imion Afrodyty, Aphro, wywodzi się łacińska nazwa czwartego miesiąca roku, czyli aprilis. Mniej znanym faktem jest to, że Afrodyta była w mitologii nie tylko boginią miłości i piękna, ale także dowcipu. Z tego względu jej dzień był świetnym pretekstem do robienia sobie żartów.

Warto dodać, że mniej więcej w tym samym czasie (około 500 lat p.n.e.) narodził się podobny zwyczaj w dawnej Persji. W trzynastym dniu nowego roku, według obowiązującego wówczas muzułmańskiego kalendarza księżycowego, przypadającego na nasz 1 lub 2 kwietnia, świętowano Sizdah Be-dar. Nazwa ta oznacza ‘pozbywanie się trzynastki’, uznawanej już wówczas za liczbę wyjątkowo nieszczęśliwą. Aby odpędzić jej zły urok, dzień trzeba spędzić radośnie i beztrosko, a nabijanie innych w butelkę jest jednym z wielu zwyczajów związanych z tą specjalną datą. Sizdah Be-dar jest obchodzony w Iranie i częściowo w Afganistanie do dziś.

Pewne wydarzenie historyczne z połowy XVI w. przyczyniło się do popularyzacji zwyczaju pierwszokwietniowych dowcipów. Aż do 1564 r. nowy rok zaczynał się wraz z pierwszym kwietnia. W tym jednak roku król francuski Karol IX zreformował obowiązujący kalendarz i przesunął początek roku na pierwszy dzień stycznia. Niektórzy mieli problem ze zrozumieniem nowego porządku (lub w ogóle nie zauważyli, że nastąpiła jakakolwiek zmiana) i po staremu obchodzili Nowy Rok pierwszego dnia kwietnia, stając się obiektem żartów i złośliwych uwag ze strony lepiej zorientowanych.

Niewiele później, bo w 1582 r., papież Grzegorz XIII zastąpił obowiązujący od czasów Juliusza Cezara kalendarz juliański gregoriańskim. Podobną zmianę prędzej czy później (najpóźniej, bo dopiero w 1924 r. w Grecji) wprowadzały poszczególne kraje europejskie, zmieniając tym samym system liczenia dat. Podobnie jak w przypadku reformy Karola w nowo obowiązującym porządku pierwszy dzień roku został przesunięty trzy miesiące wstecz. I tak jak Francuzi wiele osób nie przystosowało się do zmiany i obchodziło pierwszy dzień roku po staremu, stając się w oczach otoczenia „kwietniowymi głupcami”.

Zwyczaj robienia tego dnia kawałów i dowcipów nie tylko osobom mającym problem z kalendarzem przyjął się z czasem na dobre. Do Polski przywędrował on z Niemiec, gdzie pierwszy historyczny zapis zwyczajowego powiedzenia: jemanden in den April schicken pochodzi z 1618 r. Wraz z udającymi się za ocean emigrantami z Europy zwyczaj przyjął się również w Stanach Zjednoczonych, Australii i innych krajach zamorskich. Warto dodać, że w dawnych czasach był on obchodzony jedynie przez szlachtę i mieszczan, a wśród niższych warstw społecznych spopularyzował się prawdopodobnie dopiero na początku XX w.

Datę pierwszego kwietnia przejął na swój użytek także Kościół katolicki. Miał to być dzień narodzin Judasza Iskarioty, będącego symbolem kłamstwa, sprzedajności i obłudy. Prosty lud wierzył, że jest to czas, kiedy z zaświatów wracają zmarli, by wyrównać swoje ziemskie rachunki. Czasem takie przekonanie prowadziło nawet do samobójstw osób, które miały coś poważnego na sumieniu. Chłopi z Polski, Francji czy Niemiec przez długie wieki obawiali się tego dnia i zupełnie nie w głowie było im strojenie żartów. Kiedy stopniowe zmiany w ludowej mentalności pozwoliły na pozbycie się strachu przed duchami, również i oni zaczęli kultywować na swój sposób prima aprilis. Dlaczego na swój sposób? Dla przykładu, jednym z popularniejszych żartów robionych gospodarzom wiejskim było… wciągnięcie wozu na stodołę.

Tak przy okazji: jeśli ktoś z Was w tym dniu chciałby świętować rocznicę urodzin jakiejś innej persony niż Judasz, do wyboru jest np. Otto von Bismarck, Siergiej Rachmaninow czy Milan Kundera.

A współcześnie?

Obecnie prima aprilis i jego zagraniczne odpowiedniki obchodzi się zarówno w najbliższym gronie, jak i na dużo większą skalę. Umożliwił to rozwój nowoczesnych mediów, które tę okazję chętnie wykorzystują do przekazania nieraz zupełnie absurdalnych wiadomości, będących źródłem uśmiechu u co bardziej bystrych i całkowitego zdumienia u tych mniej błyskotliwych odbiorców. W tym wyjątkowym dniu aż roi się od dziennikarskich kaczek, które stają się źródłem niemałego zamieszania w społeczeństwie. Poniżej przytaczamy wybrane żarty, które wiele odbiorców wzięło nazbyt serio.

Drzewo makaronowe

Drzewa spaghetti (via. BBC)

Drzewa spaghetti (via. BBC)

W 1957 r. brytyjski program informacyjny Panorama wyemitował najsłynniejszy bodaj telewizyjny kawał: kilkuminutowy “dokument” relacjonujący odbywające się w południowej Szwajcarii zbiory rosnącego na krzakach… spaghetti. Pomysłodawcą był kamerzysta Charles de Jaeger, który ponoć zainspirował się słowami jednego z nauczycieli z młodych lat. Nauczyciel podobno tak przemawiał do swoich krnąbrnych uczniów: „Jesteście tak głupi, że gdybym powiedział, że makaron rośnie na drzewach, to byście uwierzyli”. Prowadzący relację dziennikarz z pełną powagą pokazywał zaaranżowane na tę okazję rośliny uginające się pod ciężarem dorodnego makaronu i wyjaśniał, że zbiory są wyjątkowo obfite dzięki łagodnej zimie i temu, że nie zaatakował złowieszczy szkodnik – wołek makaronowy.

Wielu telewidzów wzięło pokazany reportaż zupełnie serio i stacja BBC została wręcz zalana pytaniami o wskazówki, jak samodzielnie wyhodować takie nietypowe drzewko („proszę włożyć łodygę spaghetti do puszki po sosie pomidorowym, podlać i cierpliwie czekać”), lub prośbami o możliwość zakupu takiego gastronomicznego cudu. Podobno prawie nabrać dał się sam sir Ian Jacob, dyrektor generalny BBC. Przez przypadek nie otrzymał on informacji o planowanym żarcie.

Według anegdoty po obejrzeniu materiału miał on powiedzieć do swojej żony, że „jest pewny, że spaghetti nie rośnie na drzewach”. Aby się jednak całkowicie upewnić, zajrzał do Encyklopedii Britannica (która jednak, ku jego oburzeniu, słowem nie przebąkiwała o spaghetti), a także do kilku innych książek, które ostatecznie rozwiały jego wątpliwości. Na usprawiedliwienie tych, którzy uwierzyli w tę absurdalną historię, trzeba dodać, że spaghetti w owym czasie nie było w Wielkiej Brytanii produktem tak powszechnym jak współcześnie, a informację przekazał bardzo poważany i cieszący się zaufaniem prezenter Richard Dimbleby, którego nie sposób przecież było podejrzewać o tak bezczelne konfabulowanie.

Upadek Krzywej Wieży

Valdiney Pimenta/Flickr/by CC

Valdiney Pimenta/Flickr/by CC

Na dosyć okrutny wobec co wrażliwszych telewidzów żart pozwolili sobie holenderscy dziennikarze. Pierwszego kwietnia 1960 r. miejscowa telewizja publiczna podała smutną wiadomość o przewróceniu się Krzywej Wieży w Pizie. Ta informacja wywołała u wielu odbiorców prawdziwy szok, niektórzy nawet zareagowali na nią płaczem i autentyczną żałobą.

Magiczna pończocha

Nie mniejszym poczuciem humoru niż Brytyjczycy czy Holendrzy wykazali się w 1962 r. Szwedzi. W wiadomościach jedynej wówczas stacji telewizyjnej SVT, która nadawała jeszcze w wersji czarno-białej, doniesiono, iż możliwe jest odbieranie przekazu w wersji kolorowej. Kjell Stensson, ekspert do spraw technicznych, wprowadził widzów w świat optyki, tłumacząc, czym jest zjawisko interferencji i na czym polega rozszczepienie światła w pryzmacie. Zgodnie z relacją naukowcy mieli niedawno odkryć, że ekran o drobnych oczkach umieszczony przed kineskopem telewizora będzie zaginał światło w taki sposób, że powstanie złudzenie kolorowego przekazu.

Aby wykorzystać właściwości światła do odbioru przekazu telewizyjnego w pełnej feerii barw, można było wykorzystać łatwo dostępny materiał, a mianowicie… damską nylonową pończochę, przeciętą i przyłożoną do ekranu. Stensson dodał, iż w celu osiągnięcia pełnego efektu kluczowe jest znalezienie odpowiedniej odległości od telewizora. Pomocne mogło być także delikatne poruszanie głową do przodu i do tyłu. A teraz wyobraźcie sobie setki i tysiące Szwedów, którzy szturmują szuflady z bielizną swoich żon (a w przypadku kawalerów – sklepy bieliźniane), z zapałem chwytają za nożyczki, a potem, kiwając głowami, zasiadają przed telewizorami, próbując dostrzec coś więcej niż czerń i biel. Jakież musiało być ich rozczarowanie, gdy mimo usilnych starań (i zmarnowania wcale nietaniej wówczas nylonowej pończochy) obraz z uporem pozostawał monochromatyczny.

Wyjątkowa koniunkcja

Pełne zaćmienie (Wikipedia Commons)

Pełne zaćmienie (Wikipedia Commons)

W 1976 r. w wywiadzie dla brytyjskiego radia astronom Patric Moore zapowiedział, że dokładnie o godzinie 9:47 wystąpi absolutnie unikalne astronomiczne zjawisko, którego słuchacze będą mogli doświadczyć w swoich domach. Wyjątkowe ułożenie planet Układu Słonecznego (Pluton znajdzie się dokładnie za Jowiszem) i ich łączne oddziaływanie miało sprawić, że na krótki moment zmniejszy się siła oddziaływania ziemskiej grawitacji. Jeśli osoby biorące udział w doświadczeniu podskoczą dokładnie we wskazanym przez Moore’a momencie, będą mogły doświadczyć dziwnego odczucia unoszenia się.

Kiedy tylko minęła godzina zero, telefony radia rozdzwoniły się i setki słuchaczy opowiadały o doświadczeniu owego niezwykłego stanu. Jedna ze słuchaczek powiedziała nawet, że wraz z jedenastoma znajomymi nie tylko uniosła się w powietrze (razem zresztą ze stołem, wokół którego wszyscy siedzieli), ale nawet szybowała po pokoju. Nie wszyscy jednak mieli pozytywne doświadczenia związane ze spadkiem grawitacji: jeden ze słuchaczy miał złożyć skargę i zażądać odszkodowania, po tym jak podskoczywszy, uniósł się tak gwałtownie, że uderzył głową w sufit.

Burger dla leworęcznych

W 1998 r. Burger King wyciął Amerykanom doskonały żart, będący jednocześnie nad wyraz skuteczną akcją marketingową. W tym celu wykupił całostronicową reklamę swojego nowego produktu na łamach ukazującego się 1 kwietnia „USA Today”. Ilustracja przedstawiała Left-Handed Whopper (znany i popularny burger w wersji dla leworęcznych). Specjalnie zaprojektowany dla 32-milionowej rzeszy leworęcznych Amerykanów, zawierał on te same składniki co oryginalny Whopper, ale wszystkie dodatki miały być odwrócone o 180 stopni. Odpowiednie rozłożenie zawartości bułki miało zapobiec „ucieczce” składników z prawej strony w momencie spożywania bułki. Akacja okazała się na tyle przekonująca, że setki konsumentów niedługo potem zażądały nowego produktu w restauracjach Burger Kinga, podczas gdy inni, zamawiając Whoppera, domagali się „starej” wersji dla praworęcznych.

Latające nieloty

I na koniec wreszcie żart sprzed kilku lat, na który pozwoliła sobie najdowcipniejsza chyba stacja telewizyjna świata, czyli BBC. W 2008 r. prezenter Terry Jones (tak, właśnie ten z Monty Pythona) opowiedział widzom o pingwinach Adeli, które w ucieczce przed wyjątkowo srogą zimą zdecydowały się odlecieć w nieco cieplejsze miejsce, a mianowicie do lasów deszczowych Ameryki Południowej. Historia była poparta doskonale zrealizowanym filmem, stworzonym oczywiście dzięki zastosowaniu efektów specjalnych. Można by powiedzieć, że ten dowcip to kwintesencja brytyjskiego poczucia humoru.
Pierwszy kwietnia jest datą wyjątkową, bo tego dnia nie wypada nie wybaczyć tym, którzy bezczelnie wpuszczają nas w maliny i stroją sobie z nas żarty. Warto wówczas zachować wyjątkową czujność i trzeźwo myśleć, ponieważ w przeciwnym razie może się to skończyć niepotrzebnie zniszczonymi pończochami lub guzem nabitym o sufit.

[FM_form id="2"]
Myślę
Haruki Murakami – prostota i ciche emocje
Myślę
Wybrane techniki manipulacji (cz. 2)
Myślę
Dlaczego gospodarka nie może funkcjonować bez państwa? Druga część rozważań.