Myślę

Czy studia mają sens?


Fot. Flickr/<a href="https://www.flickr.com/photos/25396215@N00/3472576304/">velkr0</a>/Lic. <a href="https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/">CC</a> BY-SA

Fot. Flickr/velkr0/Lic. CC BY-SA

Tytułem wstępu chciałabym zaznaczyć, że mam pewne rozeznanie w sytuacji – pracuję w państwowej uczelni wyższej, prowadzę zajęcia i mam styczność ze studentami. Zatem – czy studia mają sens? Dla większości czytelników pytanie może wydać się bezzasadne – kto studiuje, pewnie w studiowaniu sens widzi. Kto na studia nie poszedł – prawdopodobnie tego sensu nie widział.

O studiach i studiowaniu można napisać książkę. I to niejedną. To temat rzeka – kierunki, stopnie studiowania, formy, uczelnie… Można przytaczać nieskończoną ilość statystyk i liczb mówiących o tym, co studiować należy, a co trzeba omijać szerokim łukiem. Mimo to, spróbuję wyrazić własną opinię na ten temat, a także podać kilka danych liczbowych, moim zdaniem ciekawych, a może i zaskakujących.

Moja „działka” to przedmioty ścisłe – uczę sterowania i monitoringu, obsługi programów użytkowych do obliczeń i rysunku technicznego. Niemniej jednak, mam również do czynienia z osobami studiującymi kierunki humanistyczne, społeczne. Ale do rzeczy.

Studia – kto się decyduje?

Zwykło się mówić, że obecnie młodzież pcha się na uczelnie drzwiami i oknami, magistrów wszędzie pełno, a po licencjacie to najwyżej na produkcję można się dostać, do pracy na akord. Ziarno prawdy w tym jest – pociąg do edukacji jest spory. Choć raporty Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego wykazują, że boom na studia powoli zanika. Od pięciu lat regularnie spada liczba osób rozpoczynających studia. Na ostatni rok akademicki zapisało się prawie pół miliona studentów. A to oznacza spadek o mniej więcej 15 procent w stosunku do roku poprzedniego. Nawet biorąc pod uwagę mniejszą ilość osób urodzonych w odpowiednich latach i tak widać tendencję spadkową.

Liczba studentów rozpoczynających naukę spada. Zmniejsza się również odsetek osób, które uzyskują tytuł magistra. Dla niezorientowanych przypomnę, że od kilku lat zmienił się system nauczania wyższego – studia można przerwać po trzech latach, uzyskując tytuł licencjata lub inżyniera. To tzw. pierwszy stopień. Magistrem zostaje się dopiero po ukończeniu stopnia drugiego. Za moich czasów studia były jednolite – ja uzyskałam tytuły magistra oraz inżyniera w nieprzerwanym toku pięciu lat studiowania.

Fot. Flickr/<a href="https://www.flickr.com/photos/8047702@N07/4608963722/">j.o.h.n. walker</a>/Lic. <a href="https://creativecommons.org/licenses/by/2.0/">CC</a> BY-SA

Fot. Flickr/j.o.h.n. walker/Lic. CC BY-SA

Czy ta reforma wyszła nam na dobre? Wydaje mi się, że nie. Jednolite, pięcioletnie studia wymagały poświęceń. Studenci nie mieli tego komfortu, że już po trzech latach, pisząc – czasami niewiele wartą – pracę licencjacką, otrzymają tytuł. Decydując się na studia, mieli świadomość, że albo uzyskają komplet tytułów, albo nic. Obecnie młodzież traktowana jest coraz bardziej ulgowo. W dalszym ciągu nie mogę zrozumieć idei nowej matury. Jeśli nie poszła dobrze, to zawsze można ją poprawić. I tak do skutku? Ja nie miałam takiej możliwości – dla mnie egzamin dojrzałości (bo tak się kiedyś nazywało maturę…) był tylko jeden i trzeba było potraktować go poważnie.

Czyli: matura do skutku, a studia można zakończyć pracą, która z definicji ministerialnej nie powinna być odkrywcza ani zaskakująca, tylko odtwórcza… Taki oto jest przepis na licencjata oraz inżyniera.

Młody ambitny, zarządzający turystyką i rekreacją

Uczelnia wypuszcza w świat świeżo upieczonego absolwenta zarządzania lub turystyki. Specjalnie zwracam uwagę na te dwa kierunki, ponieważ – niestety – są to najpopularniejsze studia w naszym kraju. Dziwnym trafem wszyscy chcą zarządzać… Ale statystyki Ministerstwa są nieubłagane. Najwięcej bezrobotnych ukończyło właśnie te kierunki. Prawie jedna piąta osób, które ukończyły kierunki związane z turystyką, siedzi w domu. Nie lepiej jest z zarządzaniem. Ponad 13 procent absolwentów tego kierunku może sobie co najwyżej pozarządzać własnym czasem wolnym… Dla porównania: po fizyce lub matematyce w domu siedzi tylko jedna osoba na około 75… Więc dlaczego właśnie te kierunki – ścisłe, dające tytuł inżyniera i gwarancję pracy – są najgorzej obsadzone na uczelniach?

Na matematykę, nawet na renomowanych uniwersytetach czy politechnikach, może dostać się w zasadzie każdy. Dlaczego więc przyszli studenci nie aplikują właśnie tam? Odpowiedź jest złożona, ale w zasadzie dość oczywista. Są to studia trudne i wymagające. Jak zresztą wszystkie inżynierskie. Dodatkowo stereotyp podpowiada, że po matematyce można co najwyżej zostać nauczycielem tejże w prowincjonalnej podstawówce. A poza tym, przecież po matematyce nie można być menedżerem i zarządzać zasobami ludzkimi… A przecież każdy student od razu po studiach marzy o posadzie prezesa firmy za 10 tys. zł miesięcznie…

Fot. Flickr/<a href="https://www.flickr.com/photos/49503019876@N01/2944876508/">luc legay</a>/Lic. <a href="https://creativecommons.org/licenses/by-sa/2.0/">CC</a> BY-SA

Fot. Flickr/luc legay/Lic. CC BY-SA

I dlatego właśnie woli iść na marketing i zarządzanie na pierwszej lepszej uczelni prywatnej, o której nikt poza jej macierzystym miastem nie słyszał, niż na jakikolwiek kierunek inżynierski na politechnice państwowej. Po co się męczyć? Zapłacę za studia, więc nie muszę się uczyć. Będę mieć licencjata z zarządzania, więc każda firma z pocałowaniem ręki da mi natychmiast posadę prezesa…

Dlaczego tak?

Przyznaję, że nie rozumiem takiego toku myślenia młodych ludzi. Najgorsze jest to, że oni chyba sami też tego nie rozumieją. Mają ambicje i niebotyczne marzenia, tylko nie do końca wiedzą, jak je osiągnąć. A niestety, obecny system nauczania pokazuje im, że w zasadzie nie robiąc nic, jakoś przez edukację przebrną. Maturę poprawią, studia jakoś skończą („control-C, control-V – licencjata będę miał”). Tylko co potem. Młodym wydaje się, że tak już będzie zawsze – będą delikatnie popychani, żeby osiągnąć sukces. Ale niestety w prawdziwym życiu już tak dobrze nie jest. Okres próbny w korporacji to nie to samo, co praktyki studenckie załatwione przez uczelnię. Niestety, pierwsza wypłata po studiach nie ma nic wspólnego z wymarzonymi pięcioma tysiącami na rękę. Samochodu służbowego i laptopa też nie dostaje się za sam tytuł na papierku.

Być może z powyższego artykułu przesadnie wyłania się moja frustracja. Ale niestety tak właśnie jest. Jako osoba, która ma do czynienia ze społecznością studencką na co dzień widzę, ile się zmieniło od czasu, jak sama studiowałam. Nie było to dawno temu. I niezmiernie się cieszę, że nie musiałam chodzić do gimnazjum, że maturę musiałam napisać raz a dobrze, że nie miałam możliwości wyboru, czy po trzech latach jeszcze studiować, czy sobie odpuścić. Martwię się tylko tym, jak będzie wyglądać edukacja za parę-, paręnaście lat, gdy kształcić się będą moje dzieci…

Podzielacie mój niepokój czy dostrzegacie w moich przemyśleniach wyłącznie frustrację osoby doceniającej to, co minęło?

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Historia brody
Myślę
Podróże w czasie i przestrzeni. Czy fantastyka bliższa jest rzeczywistości?
Myślę
Ala ma kota, a Tomek tygrysa
  • Michałus Olejniczakus

    Szczera brudna prawda. Wydaje mi się że ludziom uświadamia to się dopiero w środku studiów.. i chodzący za tłumem bo w sumie liceum też tak że chodziło się nie tam gdzie cie interesuje ale gdzie szli fajni ludzi. Studia już są bardziej ukierunkowane, ale w np w moim przypadku rodzice przekazali mi obraz studiów już nieaktualnych. Studia nie da nam gwarancji dobrej pracy. Smutne jest to że nie każdy (ja też) nie potrafimy na tyle siły żeby zrezygnować nagle ze studiów i robić to co się na prawdę lubi.