Myślę

Klapsom „nie”!


Fot. Flickr/Олька/Lic. CC BY-ND

Fot. Flickr/Олька/Lic. CC BY-ND

Choć ok. 70% Polaków (dane CBOS) uważa, że klaps jest dobrą karą dla dziecka, kampanie społeczne jak np. „Kocham. Nie daję klapsów” uświadamiają nam sugestywnie, że klaps to też bicie. I ja się z tym zgadzam.

Historia lania

Zapewne wśród czytelników artykułu wielu (zgodnie z sondażami będzie to 2 na 3) uzna, że chyba sobie żartuję. Że klapsy to żadne bicie, że to szybkie zdyscyplinowanie dziecka. Że należy je odróżniać od lania dziecka. Że ja dostawałem klapsy i wyrosłem na porządnego człowieka. Że bez klapsów dzieciak wejdzie nam na głowę. I takie bla, bla, bla.

Pisanie tekstów społecznie zaangażowanych, dotykających metod wychowania i krytykujących pewne postawy oczywiście naraża mnie na głosy krytyki. Ale ja musiałabym spojrzeć na siebie bardziej krytycznie, gdybym unikała takich tematów. Jako matka. Jako człowiek. Jako osoba przekonana o tym, że klapsy to też bicie i nic dobrego nie przyniosą. Na pewno nie dziecku. I wierzę, że rodzicowi również – nie.

Historia bicia dzieci jest naprawdę wielowiekowa. Dawniej dzieci się biło, lało, katowało… Uważano, że dziecko trzeba nauczyć dyscypliny, posłuszeństwa, podległości. Wszelkie naganne (lub niemile widziane) zachowania były karane biciem paskiem, ręką, kijem (po całym ciele). Także później, w szkole, nauczyciel nie patyczkował się z niesfornym uczniem, tylko bił go np. linijką. Bicie było społeczną normą, a co robili rodzice własnym dzieciom – to nikogo nie obchodziło.

Fot. Flickr/Public Record Office Victoria/Lic. CC BY-SA

Fot. Flickr/Public Record Office Victoria/Lic. CC BY-SA

Wydaje się, że obecne „klapsy” to tylko pozostałość „tamtych czasów”. Że to nieszkodliwa kara, na którą dzieci tak często zasługują. Ba, wielu z nas, którzy byli bici (a nawet lani) w dzieciństwie, usprawiedliwia postawę swoich rodziców, a przez to – i swoją obecną. Tymczasem naprawdę trudno niektórym jest wprost powiedzieć „moi rodzice robili źle, że mnie bili; zrobili mi krzywdę” – bo to oznaczałoby przyznanie, że dzieciństwo nie było sielskie i że rodzice (wobec których często nauczeni jesteśmy szacunku) robili coś bezmyślnego i w gruncie rzeczy – złego.

Kontrowersje i kłótnie

Wokół bicia dzieci zawsze było i jest sporo kontrowersji. W naszej polskiej mentalności nie zagląda się sąsiadom do domu, zatem istnieje społeczne przyzwolenie na agresję wobec najmłodszych, a potem – w razie tragedii – zwykle padają słowa: „taka porządna rodzina, nie domyślaliśmy się”. Wielu rodziców nie wyobraża sobie wychowywania bez klapsów (choć to całkiem proste, o ile się chce), a uderzanie w pupę bagatelizuje, używa eufemizmów…

Tymczasem jestem zwolenniczką nazywania rzeczy po imieniu: klaps to też bicie (i taki jest podtytuł kampanii społecznej Kocham. Nie daję klapsów.). Co więcej, dawanie klapsów jest niczym więcej jak wyrazem słabości rodzica. Małe, brykające (do tego dodajmy – własne i kochane) dziecko doprowadza dorosłego, odpowiedzialnego człowieka do tego, że podnosi nań rękę; Potrzebę opanowania sytuacji zastępuje agresją. W oczach dziecka pojawia się przerażenie – jak to, kochający tata zrobił mi krzywdę? Dlaczego? I to nie jest z mojej strony granie na emocjach. Takie sceny widziałam nie raz i zawsze serce mi pękało.

Fot. Flickr/Lighttruth/Lic. CC BY-SA

Fot. Flickr/Lighttruth/Lic. CC BY-SA

Nie rozumiem też argumentów, że się „nie da”. Przecież się da. Ja i miliony innych rodziców mamy dzieci, których nie bijemy. I tyle. A to wcale nie są najgrzeczniejsze na świecie dzieciaki. I nieraz gotuje się we mnie, ale przecież nie po to jestem ich mamą, by je bić.

Dobre alternatywy

Jako że ja, jak i większość rodziców, chcę dać swoim dzieciom to, co najlepsze, a jednocześnie przygotować je solidnie do samodzielnej konfrontacji ze światem, sięgam po solidnie przemyślane metody proponowane przez pedagogów. Uciekanie się do metod siłowych, które czynią rany na ciele i sercu naszych maluchów, jest wyrazem naszej słabości i bezmyślności.

Tymczasem, poświęcając dziecku odpowiednią ilość czasu, naprawdę można wspólnie wypracować dobre postawy i korygować naganne. Najlepszą, nie tylko moim zdaniem, metodą wychowania jest rozmowa, tłumaczenie, twórczy dialog. Ujrzenie w swoim dziecku partnera, człowieka. Nie oznacza to, że promujemy tzw. wychowanie bezstresowe, które żadnym wychowaniem nie jest. W układzie dziecko – rodzic to ten drugi jest szefem. Jest dorosłym, przekazicielem właściwych postaw i wyborów.

Wychowanie dzieci to odpowiedzialna rola. Warto z dystansem podchodzić do siebie jako rodzica, ufać swojej intuicji, ale nie dawać się ponosić emocjom. Psychologowie, doradcy rodziców przychodzą z pomocą. Dają rady dotyczące relacji z dzieckiem, okazywania miłości i szacunku oraz ustalania granic. Niektórzy rodzice jako karę wybierają np. odseparowanie, skądinąd też niezbyt udany to pomysł. Natomiast zdaniem psychologów najlepiej właściwych postaw uczy po prostu konsekwencja. Oczywiście w rękach rodzica leży naświetlenie problemu maluchowi i wskazanie, że np. celowe zniszczenie nowego plecaka spowoduje, że będzie musiało z takim chodzić do zerówki, bo nie dostanie prędko nowego.

Warto szukać rad i inspiracji, np. właśnie na temat stosowania konsekwencji (które zresztą w dorosłym życiu są naszą codziennością). Odwiedzajmy też wartościowe strony dla rodziców, np. popierający brak kar fizycznych portal dziecisawazne.pl. I nie dajmy sobie wmówić, że klaps to żadne bicie, a bez niego dziecko wyrośnie na zblazowanego nastolatka. Guzik prawda. Wszystko w naszych rękach.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Siedem architektonicznych cudów świata
Myślę
Φ albo złoty podział, czyli piękno i harmonia opisane liczbami
Myślę
Przyszłość miejskiego transportu