Żyję

Życie na wsi


fot. Ewa Godlewska/jaskowysad.pl

fot. Ewa Godlewska/jaskowysad.pl

Większość populacji Ziemi mieszka w miastach i liczba ta z roku na rok wzrasta. To naturalna kolej rzeczy. Nie wszystkim to odpowiada. Bywa, że coś w człowieku pęknie. Wtedy myślimy o urokach życia na wsi. 

Kto się urodził w mieście ten w nim z reguły zostaje, a kto jest z prowincji, ten do miasta przyjeżdża. Po co? Żeby ułożyć sobie życie, zrobić karierę, zabezpieczyć przyszłość i założyć rodzinę. Miasto oferuje też sporo atrakcji: muzea, teatry, kina, parki. I centra handlowe ‒ nowoczesne świątynie konsumpcjonizmu, w których można ubrać całą rodzinę, a potem nakarmić ją fast foodem.

Wszystkie potrzebne urzędy, poczty, szpitale są w zasięgu do pół godziny jazdy samochodem lub do 45 minut sprawną komunikacją miejską. Dużo dróg, ulic i obwodnic, autobusów i tramwajów, a w nich dużo ludzi, którzy mają sporo ważnych spraw do załatwienia, zazwyczaj w ogromnym pośpiechu. Trochę więcej wokół obcych twarzy, kuleją kontakty z rodziną, czasem nie ma do kogo otworzyć gęby.

Czyż nie byłoby cudownie rzucić wszystkiego w cholerę i zamieszkać w domku na skraju lasu? Gdzie człowieka budzą koguty, a nie robotnicy czy sąsiad domorosły majster, gdzie słońce odmierza czas, a nie korporacyjny zegar?
Ewa Godlewska postanowiła odpocząć od wielkiego miasta i trochę zwolnić. Po 28 latach porzuciła etat w telewizji i wraz z rodziną wyprowadziła się z miasta. Osiedli w małym miasteczku koło Nowego Sącza. W niespełna dwu i pół tysięcznym Czchowie wydzierżawili sad, zbudowali stajnię, stodołę i założyli hodowlę alpak. Pomysł karkołomny, ale z pasją można zrobić wszystko.

A wiadomo, że jak się ma dom, nie mówiąc już o całym obejściu, to jest co robić. Nie ma pana z administracji, który usunie drobną usterkę czy poważniejszą szkodę. Hydraulików na telefon i pogotowia zamkowego też jak na lekarstwo. Pozostaje wiara w swoje zdolności techniczne, worek narzędzi i ciągła kontrola stanu rzeczy. Jeśli uda się niczego nie popsuć, w tym siebie, to już sukces. Jest też inne rozwiązanie ‒ Pan Janek, w różnych częściach kraju zwany też Stefanem lub Heńkiem. Złota rączka, człowiek wyuczony w fachu od dziadka lub metodą prób i błędów. Może nie wie jak skonfigurować domową sieć wi-fi, ale zna się na murarce, hydraulice, stolarce, elektryce i kowalstwie. Zazwyczaj ma krótkie terminy i zapał do pracy. O ile nie zapije.

fot. Ewa Godlewska/jaskowysad.pl

fot. Ewa Godlewska/jaskowysad.pl

Wyobrażamy sobie życie poza miastem jak letnią sielankę. Złocące się zboża na polu, soczysta trawa na łące i lśniące liście na drzewach poruszane delikatnym zefirkiem. Przyjemnie, co? Tylko że w Polsce taka pogoda utrzymuje się przez cztery miesiące, a nieobca jest nam przecież i sroga zima. Wtedy ‒ jak mówi Ewa ‒ wszystkie ręce na pokład. Sąsiedzi bliżsi i dalsi odkopują się nawzajem, każdy pomaga każdemu.

Wsi spokojna, wsi wesoła!

Więzi sąsiedzkie są bardzo mocne, w tak małym skupisku ludzkim nie ma miejsca na anonimowość. Są tego plusy i minusy: można zawsze liczyć na sąsiedzką pomoc, wszyscy jednak wiedzą o twoim każdym kroku. Których notabene na prowincji stawia się całkiem sporo, bo wszędzie jest daleko; a w wielu wioskach sklepu po prostu nie ma, albo przyjeżdża raz dziennie. Bez samochodu się nie obejdzie. Czymś trzeba przewieźć zakupy i zawieźć dzieci do szkoły. Oczywiście auto musi też być na chodzie w razie jakiejś nagłej sytuacji. W grę wchodzi też rower, bardzo popularny na prowincji środek lokomocji. Jeżdżenie to sama przyjemność, pod warunkiem, że jest powyżej dziesięciu stopni i nie pada. Można szybko i zdrowo załatwić drobniejsze sprawy. Jednak zawiezienie dzieciaków do szkoły czy większe zakupy wymagają już sprawności cyrkowego akrobaty. I zawsze milej po prostym lub z górki, a nie pod nią.

O ile sklepów jest rzeczywiście niewiele, a jak już są to daleko, o tyle nie zapominajmy, że wielu rolników i gospodarzy prowadzi własną produkcję spożywczą. I tu nie ma żadnego ale. Mieszkając na wsi, ma się dostęp do produktów najwyższej jakości, bez ulepszaczy i innej chemii. Świeże warzywa i owoce, mleko prosto od krowy, jaja i przednie mięsiwa: kiełbasy, szynki, pasztety. A wszystko to w ludzkich cenach, bo robione od wieków tak samo, dla siebie i sąsiadów, a nie dla nowobogackich z dużego miasta, którzy już zapomnieli o takim jedzeniu i uważają je za luksus.
Chłopomania ogarnęła Polskę już w drugiej połowie 19 wieku. Zmęczeni tempem życia mieszczanie pozazdrościli chłopom, ich zdaniem, spokojnego i powolnego trybu życia na wsi. Pozornego braku zmartwień, witalności i ładnych i zdrowych kobitek. Wesele, które było następstwem takiej fascynacji opisuje Wyspiański.

Ewa Godlewska nie narzeka, ma rzeczywiście więcej czasu dla rodziny, dla siebie. Żyje znacznie spokojniej z dala od wielkomiejskiego wyścigu szczurów. A jej córka jest w siódmym niebie, skacząc w kaloszach po stercie słomy. „Dzieci w mieście nie mają takich zabaw” ‒ mówi.

 

[FM_form id="2"]
Żyję
Jarmuż
Żyję
Wchodzenie w dorosłość – praktyki i rytuały
Żyję
Auta z PRL-u – obiekty westchnień współczesnej młodzieży