Korzystam

Jim Jarmusch


Reżyserzy kultowi mają to do siebie, że nie zawsze są odbierani i interpretowani prawidłowo. Czasami potrafią tak zmylić krytykę, że jakakolwiek interpretacja ich dzieł mija się z celem. Wydaje się, że w taki obraz doskonale wpisuje się Jim Jarmusch  – reżyser niby amerykański…

Jim Jarmusch  – skąd on się wziął?

Amerykańska kinematografia jest mocno hermetyczna. Niekoniecznie pozytywne skojarzenie z kasowymi produkcjami rodem z Hollywood w zasadzie zamyka ścieżki eksploracji kina pochodzącego z USA. A przecież i w Stanach istnieją twórcy bardziej ambitni, którzy nie patrzą przez pryzmat finansowych wyników. Do takich artystów kinematografii należy właśnie Jim Jarmusch.
Urodzony w 1953 roku oczywiście w USA, początkowo zafascynowany literaturą. Marzył o karierze pisarza. Jednak po podróży do Paryża w 1971 roku coraz mocniej zaczął interesować się kinem alternatywnym. Właśnie we Francji po raz pierwszy Jarmusch miał styczność z dziełami zapomnianych już w USA reżyserów, jak Hawks czy Ray. We Francji ich fenomen był wciąż żywy. To skłoniło przyszłego autora „Truposza” do zastanowienia się nad swym pochodzeniem, pozwoliło spojrzeć na własny kraj z punktu widzenia Europejczyka.

Połknięty w Europie bakcyl zaowocował po niecałej dekadzie. Wtedy to światło dzienne ujrzał pierwszy film Jima Jarmuscha – „Nieustające wakacje”. Przez kolejne 35 lat reżyser pozostał wierny konwencji, którą stworzył w debiutanckim dziele. Konwencji nudy i braku fabuły.

Wieje nudą

Scenariusz, na jakim opierają się filmy Jima, w każdym kolejnym obrazie jest podobny. Punktem centralnym jest bohater, najczęściej outsider, który jest niejako zanurzony w otaczającym go świecie. Świat to niekoniecznie ludzie i interakcje z nimi. To bardziej przestrzeń i czas, ulotność chwili, która zdaje się grać pierwsze skrzypce w narracji.

Można odnieść wrażenie, że kanwą filmów Jarmuscha są obrazy, które w hollywoodzkich produkcjach zostałyby usunięte, wycięte podczas montażu jako zbyt nudne i nie wnoszące nic do fabuły. W filmach Jima fabuła wydaje się mieć marginalne znaczenie. Podobno Jarmusch miał kiedyś powiedzieć: „Życie przecież nie ma fabuły. Dlaczego filmy miałyby ją mieć?” Oczywiście fabuła jest, jednak jej zarys można by streścić w jednym zdaniu dla każdego z filmów.

Skoro we wszystkich dziełach scenariusz jest podobny, należy założyć że Jarmusch robi to celowo. Dlatego też recenzje, które nieraz zarzucają reżyserowi, że w jego filmach nic się nie dzieje i piętnują to jako wadę, są w zasadzie pozbawione sensu. Oczywistym jest, że pozorna stagnacja w filmie jest efektem zamierzonym.

A skoro nuda jest zamierzona, to część krytyki automatycznie próbuje znaleźć drugie dno, doszukać się ukrytego przekazu. Bardzo często mamy więc do czynienia z nadinterpretacją filmów Jarmuscha. Chyba najlepszym przykładem jest przedostatnie dzieło, „The Limits of Control” z 2009 roku. Recenzje obrazu obijają się o próby interpretacji, zrozumienia filmu, jego fabuły, wyciągnięcia jakichś sensownych wniosków. A przecież nie o to chodzi. Bohater mógłby być zupełnie innym człowiekiem, mieć inne zlecenie, spotykać się z innymi ludźmi. Bo nie o to chodzi.

Hiperrealizm jakiego świat nie widział

W filmach Jarmuscha przede wszystkim istotne jest pokazanie prawdziwego życia. I to chyba jest najbardziej przerażające dla krytyki i przeciętnego odbiorcy. Przecież życie faktycznie nie ma fabuły! A filmy podobno mają odzwierciedlać, a przynajmniej udawać, prawdziwy świat. Wnioski płynące z filmów Jima są więc przerażające: patrząc na hollywoodzką produkcję wydaje się nam, że jest ona twardo osadzona w rzeczywistości. Tymczasem okazuje się, że jest ona maksymalnie odrealniona, wręcz wynaturzona. I to rozpaczliwe poszukiwanie czy to sensu, czy drugiego dna w filmach Jarmuscha pokazuje, że tak naprawdę wszystkie filmy fabularne, jakkolwiek nie chciałyby naśladować rzeczywistości, są kompletnie sztuczne.

I do czasu, aż sobie tego faktu nie uświadomimy, będziemy się nudzić czy wręcz dusić, oglądając filmy Jarmuscha. Można wręcz powiedzieć, że obecnie jest to chyba jedyny na świecie reżyser tworzący kino hiperrealistyczne. I możemy się nie godzić z tą tezą, ale to tylko będzie dowodzić, w jakim zakłamaniu próbujemy żyć. Bo niestety, codzienne życie każdego z nas bardziej przypomina codzienność Evy z „Inaczej niż w raju” niż Meg Ryan czy Toma Hanksa z jakiejkolwiek szmiry, w jakiej było im dane grać…

 

[FM_form id="2"]
Korzystam
Literatura kobieca
Korzystam
Tim Burton i jego dziwaczny świat
Korzystam
Radykalny Zenek i sztuka naiwna