Żyję

Jerzy Antkowiak – prekursor mody ulicy w Polsce


Projektant Mody Polskiej i legenda polskiej mody, artysta i bon vivant, który był jednym z nielicznych w PRL-u mężczyzn całkowicie świadomie kreujących swój wizerunek. Styl. Odwaga. Artystowski luz. Po prostu – Jerzy Antkowiak (właściwie Zbigniew Jerzy Antkowiak, ur. 1935 r.)

Faktem jest, że modnie i czasem naprawdę  interesująco ubierała się młodzież i artyści, wkładając wiele energii w to, aby zdobyć odpowiedni strój. Jednak Antkowiak ubierał się zawsze „po swojemu”, zgodnie z modą, ale przede wszystkim z własną osobowością, stylem życia, wykonywanym zawodem. Dlatego to on przejął po Leopoldzie Tyrmandzie zadanie podtrzymywania dandyzmu, gdy autor „Złego” w 1965 roku na stałe wyjechał z Polski.

Aby zrozumieć ogrom talentu i kreatywności Jerzego Antkowiaka, trzeba uświadomić sobie, że było to niemalże odosobnione działanie. Nie było wówczas ani stylistów, ani doradców do spraw wizerunku, tym bardziej – znawców dress code, zajmujących się udzielaniem porad na łamach poczytnych pism. Nikt wtedy nie tłumaczył, na czym polega spójność stylu ubrania z osobowością, wykonywaną pracą i modą. Nie było blogów prezentujących modę ulicy i zachwytu nad kreacjami nietuzinkowych mężczyzn. Projektant intuicyjnie wiedział, w jaki sposób jego strój i osobowość powinny razem zagrać. Gdyby dziś, w czasie któregoś ze światowych tygodni mody, pojawił się na ulicach w swoich ówczesnych kreacjach, natychmiast jego zdjęcie znalazłoby się w „The Sartorialist”, najsławniejszym blogu prezentującym modę ulicy, a jego autor Scott Schuman biegałby za Antkowiakiem z aparatem fotograficznym i dyktafonem.

Jerzy

Jerzy Antkowiak z synem Kajem, archiwum domowe

A wszystko zaczęło się w szacownej wielkopolskiej rodzinie mieszczańskiej. Mama Jurka, piękna i utalentowana modystka, Zofia Antkowiakowa, od urodzenia ubierała synka w stylu małego księcia. Estetka i modnisia nie szczędziła sił i środków, aby wygląd rodziny odpowiadał jej ambicjom. Zarówno mama jak i ukochana opiekunka, „ciocia” Agnieszka Nowicka, nie przestały dbać o siebie i  o dziecko w czasie okupacji. Można by rzec, że postępowały tak, jakby ich mottem było powiedzenie Zofii Hebdy, niezłomnej właścicielki domu mody „Falbanka” (działającego w czasie II Wojny Światowej w Warszawie): „Wygląd jest miarą kultury i zaradności”. Nie tylko chęć przeciwstawiania się okupantowi i walka o morale determinowała działania mamy Jurka. Utleniony na nordyckiego blondynka i ubrany w odświętny garniturek chłopiec, wyglądający jak folksdojcz, pełnił rolę kuriera! Przewoził w walizce materiały konspiracyjne. Bo dzięki wyglądowi mógł bezpiecznie podróżować pociągiem w wagonie nur fur deutche. Zdarzyło się, że oficer, a może nawet podoficer, zachwycony chłopcem ‒ idealnym kandydatem na żołnierza ‒ zafundował mu obiad!

Wiosną 1944 roku został zatrzymany w kadrze przez fotografa w okupacyjnej Warszawie z „ciocią” Agnieszką za rękę. Na fotografii – rezolutny blondynek w odświętnym garniturku, w towarzystwie młodej kobiety w dopasowanym płaszczyku, pantoflach na obcasie i ze starannie ufryzowanymi lokami. Moda ulicy? A jakże!

Jerzy z ciocią Agą, archiwum domowe

Jerzy z ciocią Agą, archiwum domowe

Po zakończeniu wojny Jurek korzystał w pełni z możliwości ubierania się. Ukochanemu jedynakowi zamożnego notariusza wolskiego oraz ulubieńcowi „cioci” Agi nie brakowało ani wsparcia rodziny, ani możliwości, ani okazji. Jedną z nich była ministrantura w sławnej barokowej wolskiej farze. Była spełnieniem marzenia. Misterium w kościele wyglądało jak teatr, a na ten rodzaj sztuki był zawsze wrażliwy. Nie bez znaczenia były także efektowne stroje: ozdobne białe komże, czerwone pelerynki. Babcia Aga przykładała do nich szczególną uwagę i własnoręcznie wyhaftowała dla niego przepiękny strój. Studia w państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych we Wrocławiu (na wydziale ceramiki), przebywanie wśród artystycznej młodzieży, a także poznanie Danuty Piąty, wkrótce żony  – Pani Dany, wzmogło potrzebę ubierania się oraz zainteresowanie modą. Słowo „moda” zaczęło być bardzo ważne w słowniku młodego plastyka.

„A gdy zacząłem prowadzać się z Panią Daną to kombinowałem, jakby się tu ubrać podobnie. Kupiliśmy ileś tam metrów – nie pamiętam dokładnie, ale dużo – wściekle pomarańczowej, dobrej jakości bawełny. I tak: ja miałem spodnie z czarnego aksamitu, Pani Dana zaś nosiła czarną bluzeczkę z dużym dekoltem na plecach, z przodu w łódkę. Uszy ozdabiała wielkimi kolczykami kołami. Ja miałem do tych spodni pomarańczową koszulę, a Pani Dana obszerną pomarańczową spódnicę. I tak żeśmy po Świdnickiej promenowali.”

Budzili zainteresowanie wszędzie, gdzie się pojawiali. Trudno się dziwić, że ich ślub kościelny był wydarzeniem wzbudzającym ogromne zainteresowanie. Z pełną pompą i paradą brali go w Gorzowie Śląskim, w parafii panny młodej, 23 czerwca 1957 roku. Państwo Młodzi i ich goście, m.in. oryginalnie wyglądający studenci wrocławskich uczelni, wywołali prawdziwą sensację w małym miasteczku. Pani Dana poszła do ołtarza w przepięknej sukni, którą zaprojektował Jerzy Antkowiak przy fachowej pomocy konstrukcyjnej gorzowskiej krawcowej. Kreacja uszyta została z białej mory (tkanina jedwabna, tkana tak, że nici układają się w sęki), kupionej za olbrzymie pieniądze w najdroższym komisie we Wrocławiu. Spódnica była z pełnego koła, do tego białe pantofelki na szpileczkach i włosy ułożone w wysoki kok.

Ślub kościelny Jerzego i Dany, archiwum domowe

Ślub kościelny Jerzego i Dany, archiwum domowe

Jerzy Antkowiak niemalże całe życie zawodowe związany był z Modą Polską. Krawcy i konstruktorki tego domu mody pomagali mu realizować szalone pomysły przywożone z Paryża. Jego stroje, oprócz potrzeby wyrażenia osobowości ich autora i właściciela, miały dodatkowe zadanie.

„Pracując w Modzie Polskiej, czułem „misję i posłannictwo”, oto ja, projektant, muszę wyprowadzać modę na ulice. Ukułem nawet takie powiedzenie: „W Paryżu Pierre Cardin wychodzi się kłaniać w pięknym, nieskazitelnie skrojonym smokingu, a na widowni same kolorowe kwiaty. A u nas: ja wychodzę zestrojony jak papuga, a na widowni same szare flanele. Miałem potrzebę przesady i przewrotności. Niosłem dumnie sztandar faceta od mody, który musiał się przebijać przez te „szarugi” na ulicy.”

Jak te „szare flanele”, czyli zwykli ludzie, odbierali kolorowego ptaka?

„Znalazłem swoje stare wywiady, zdjęcia kiedyś poszukiwane, projekty już nikomu niepotrzebne, swoje GRAND PRIX MEN’85 dla dziesiątki najgorzej ubranych facetów w Polsce; za mną: Kałużyński, Smoleń, Lew-Starowicz, Drozda, Boguś Kaczyński, Gogolewski, Trunkwalter, Okupiński i – zaszczytne dziesiąte miejsce – mój ukochany prześmiewca /och jak kocha celebrytki/ Jurek Iwaszkiewicz.”

 Nadal zachwyca wyczuciem stylu, odwagą, artystowskim luzem. Bez Jerzego Antkowiaka byłoby po prostu nudno!

Jerzy Antkowiak 13.02.2016; Fot. Paweł Janas

Jerzy Antkowiak 13.02.2016; Fot. Paweł Janas

 

Jerzy Antkowiak i Agnieszka L. Janas_13.02.2016; Fot. Paweł Janas

Jerzy Antkowiak i Agnieszka L. Janas_13.02.2016; Fot. Paweł Janas

 

Jerzy Antkowiak 13.02.2016; Fot. Paweł Janas (2)

Jerzy Antkowiak 13.02.2016; Fot. Paweł Janas

Zdjęcia pochodzą z książki Jerzy Antkowiak, Agnieszka Janas „Antkowiak. Niegrzeczny chłopiec polskiej mody” oraz ze spotkania autorskiego, które odbyło się 13.02.2016 roku.

[FM_form id="2"]
Żyję
Kształtowanie przestrzeni
Żyję
Michael Bay – człowiek instytucja
Żyję
Auta z PRL-u – obiekty westchnień współczesnej młodzieży