Mieszkam

Cohousing po polsku – czy to ma sens?


Idea wspólnego budownictwa i osiedli socjalnych jednym kojarzy się z niezdrową komuną, innym – z nowoczesnym pomysłem. Cohousing budzi wiele emocji. Okazuje się jednak, że także w warunkach polskich ma rację bytu. I przybiera różne formy, które łączy jedno – wspólnota ludzi z podobną wizją miejsca do życia.

team-386673_960_720

Od pomysłu do osiedla

Pomysł na couhousing pochodzi z Danii. W latach 60. minionego wieku ukazał się tam artykuł „Dzieci powinny mieć setkę rodziców” (autorstwa Bodil Graae). Z osób zainteresowanych tą ideą narodziła się wspólnota cohousingowa, która wybudowała pierwsze osiedle socjalne o nazwie Sættedammen. Pomysł chwycił nie tylko w Danii; już wkrótce kolejne kraje Europy mogły pochwalić się autonomicznymi wspólnotami. Idea dotarła także do Stanów Zjednoczonych i Australii.

W latach 60. i 70. pomysł ten łączył się poniekąd z ideą komuny. Wspólnie zamieszkujących ze sobą ludzi, zwłaszcza hippisów o lewicowych poglądach, postrzegano właśnie jako kooperatywę. Opinie o takich komunach nie zawsze były najlepsze. Dla społeczeństwa ten model życia zwykle był marginesem, alternatywą, na którą decydowali się tylko prawdziwi zwolennicy tego ruchu. Współczesne osiedla socjalne, rzecz jasna, nie opierają się na hippisowskich poglądach. Warto jednak pamiętać, że zwykle sąsiadów łączy jakaś idea, pomysł – a realizacją staje się właśnie jedno osiedle mieszkaniowe.

Także do Polski docierały już w XX wieku echa duńskiego pomysłu. Rodzime realizacje jednak sprowadzały się raczej do budowania hoteli pracowniczych, budynków dla pracowników uczelni. Nie miały więc tak istotnej dla cohousingu cechy, jaką jest swobodny i dobrowolny dobór przyszłych sąsiadów. Pierwsze projekty wspólnego budownictwa w Polsce zaczęły pojawiać się kilka-, kilkanaście lat temu. Budowane są na wzór tego typu tworów z Europy Zachodniej, gdzie cohousing staje się modelem coraz popularniejszym (w Danii to już 5% wszystkich domostw).

E1WPGCLOC3

Rodzime kooperatywy

Oczywiście każdy kraj ma swoje własne prawo, do którego wspólnota mieszkaniowa musi się dostosować. W Polsce najczęściej ludzie zdecydowani na cohousing kupują wspólnie nieruchomość gruntową, dzieląc między sobą grunt na mniejsze działki. Można w tym celu założyć spółkę, której łatwiej będzie dysponować budżetem, sprowadzając inwestycję do roli przedsięwzięcia firmowego. Wiąże się to z jednej strony z koniecznością prowadzenia profesjonalnej dokumentacji, z drugiej jednak uprawnia do różnych ulg podatkowych i odliczeń.

Podobnie jak w innych krajach europejskich tak i w Polsce często wspólne budownictwo ma nadrzędny cel – zrównoważony tryb życia. Wiąże się to ze zmniejszeniem zużywanej energii, ochroną środowiska, wieloaspektowym podejściem do życia blisko natury i w zgodzie z nią. Twórcy takich wspólnot mogą mieć dodatkowe cele – np. uprawę ziemi, samowystarczalność, budowanie wspólnoty w przestrzeni wspólnej (świetlice, ścieżki rowerowe), zapewnienie wysokiego bezpieczeństwa (ogrodzenie, monitoring). Idea łączy ludzi – a oni wprowadzają ją w życie.

Polskie realizacje pomysłu mają bardzo różnoraki charakter. Spotkać możemy wspólne budowy połączonych ze sobą domów np. dla rodzeństwa (z rodzinami) czy dla niewielkiej grupy przyjaciół. Inwestycję można planować we własnym zakresie bądź powierzyć jej realizację profesjonalnej firmie zajmującej się takim rodzinno-przyjacielskim cohousingiem (np. oferta zamieszkaj-na-swoim.pl). Coraz częściej także takich realizacji podejmują się duże pracownie architektoniczne. Ciekawym projektem (którego założenia można podejrzeć tutaj) jest inwestycja Socjalne osiedle domów pasywnych w Gdańsku-Oruni Dolnej. Autorzy i inwestorzy podkreślają aspekt społeczny swojego rozwiązania. Sąsiedzi chcieli stworzyć nie tyle prywatne zabudowania, ile wspólną przestrzeń do życia. Zależy im na życiu sąsiedzkim wśród osób o wysokiej świadomości ekologicznej. Dlatego na wspomnianym osiedlu w Gdańsku stworzono szerokie chodniki, budynek świetlicy i zaprojektowano dużo zieleni.

Życie we wspólnocie można realizować również w jednym, wielkim domu. O ile zwykle ideę cohousingu buduje się od podstaw – przez postawienie nowych budynków – o tyle da się także zaadaptować na ten cel zabudowaną już nieruchomość, także wynajmując ją. Aby to się udało, konieczne jest solidarne wypełnianie obowiązków, podział prac. Ułatwiają to np. wolne zawody wykonywane przez mieszkańców, podobne podejście do wychowania dzieci, zagospodarowania przestrzeni czy choćby gotowania. Są jednak nawet w Polsce takie miejsca, gdzie ludzie żyją w jednym domu we wspólnej komunie – i dobrze im z tym!

Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to liczy się kasa

Wspólne zasiedlenie pewnego terenu (dodajmy, że zwykle są to działki oddalone od ośrodków miejskich, nieraz ogromne siedliska) ma istotny wymiar ekonomiczny. Kupując razem duży teren (np. 1 hektar zamiast 10 arów), mamy duże szanse na wynegocjowanie lepszej ceny. Rzecz jasna, wszystkie późniejsze koszty związane z inwestycją są dzielone na wszystkich uczestników. To znacząco obniża koszty. Budujący w kooperatywie tylko raz płacą za podciągnięcie do terenu prądu czy wody; korzystając z ekipy budowlanej, mogą mieć ceny niemal hurtowe (na materiały i koszt pracy); część takich wspólnych gospodarstw dąży do samowystarczalności (uprawa, hodowla), co generuje kolejne oszczędności.

urban-415480_960_720

Zwolennicy pomysłu podkreślają dodatkowo, że mają wpływ nie tylko na własnych sąsiadów, ale też na widoki z okna. Można decydować się już na etapie planów, czy dane osiedle będzie zabudowane jednolicie, na jakie odstępstwa i zasady decydują się jego członkowie. Tu trzeba zaznaczyć, że wymaga to nie tylko demokratycznego podejścia, ale też sporo tolerancji. Tej ostatniej cohousing uczy mieszkańców właściwie na co dzień.

Dodatkowym aspektem jest fakt pomijania kosztownych pośredników. Nie mamy więc dewelopera, a przy odrobinie szczęścia obsługa prawna i formalna inwestycji może być w rękach odpowiedniego członka wspólnoty. Koszty się zmniejszają, a marzenia – realizują.

Druga strona medalu

Jak wiadomo, mieszkanie w apartamentowcu w centrum czy sielski dom na wsi mają swoje zalety, ale też – wady. Podobnie jest z ideą wspólnego budownictwa. Jak już wspomniałam, trzeba nastawić się na kompromisy. Tak duża inwestycja budzi sporo emocji. Zapał i przyjacielskie stosunki to czasami zbyt mało, by wspólnie zrealizować tak duży cel. Zwolennicy cohousingu podkreślają, że budowa jest pierwszym testem solidarności, otwartości i tolerancji. Mimo założeń, czasami życie w zgranej, ale niewielkiej społeczności bywa męczące.

Strona formalna również wymaga nieco zachodu. Aby wspólnota działała harmonijnie, konieczne jest ustalenie jakiejś grupy zarządczej, można też wszelkie decyzje podejmować na zasadzie głosowania wszystkich członków. Nie zawsze jednak da się zrealizować swoje osobiste cele i trzeba liczyć się ze zdaniem innych.

Wydaje się, że projekt może być świetną alternatywą dla pozamykanych bram i wysokich ogrodzeń podmiejskich willi. Wielu ludzi postrzega współczesną anonimowość człowieka w kontekście samotności. Chcąc zapełnić tę lukę, można szukać osiedli zrównoważonych i pozostać w mieście, a można też przemyśleć ideę cohousingu. Zwłaszcza jeśli ciągnie nas na wieś, marzymy o siedlisku, życiu w zgodzie z naturą – a do tego mamy grupę sprawdzonych znajomych o takich samych marzeniach. Spełniając takie plany, mamy szansę na realny wpływ na gospodarkę mieszkaniową w Polsce, zagospodarowanie terenów wiejskich i świadomość społeczną.

[FM_form id="2"]
Mieszkam
Tu żyje dalajlama
Mieszkam
Urządzanie mieszkania – problem czy przyjemność?
Mieszkam
Made in Osiedle Fi