Doświadczam

Przy jedzeniu się nie gada?


Współcześni logopedzi chwytają się za głowę, widząc reklamy smoczków dla dwuletnich dzieci, promowanie kubków-niekapków dla przedszkolaków czy kampanie reklamowe producentów mleka modyfikowanego. Obecna moda na ułatwianie rodzicom opieki nad dziećmi niestety wpływa negatywnie na rozwój mowy tych ostatnich. A mówi się o tym mało i cicho – bo to niekomercyjne, niewygodne i nieprzynoszące dochodów. Przerwijmy milczenie!

Miejsce i czas na edukację

Gościnna przestrzeń portalu FiGeneration chętnie przyjęła propozycję opublikowania tekstu, który dla wielu portali mógłby być niewygodny. Bo – jak wiadomo – zbyt często chodzi o reklamę i kasę idącą za nią. Tymczasem problem dotyczy większości z nas – którzy są lub będą rodzicami małych dzieci. Jednocześnie jesteśmy współczesnymi młodymi ludźmi (i to naprawdę nieważne, czy 20+, 30+ czy 40+…) narażonymi na ciągłe ataki wszechobecnych reklam. Kto wchodzi w świat rodzicielstwa, ten zauważa, że dział „produkty dla dzieci” ma w tej materii spory potencjał. Wmawia się rodzicom (słownie, wizualnie, sugestią), że ich dziecko bez produktu X będzie smutniejsze niż Ala z sąsiedztwa, a bez produktu Y na 100% jego rozwój będzie mniej dynamiczny.

W zależności od naszej odporności różnie radzimy sobie z takim natłokiem informacji i reklam. I choć z jednej strony pojawiają się nurty niejako nawołujące do powrotu do natury w wychowaniu małych dzieci – to z drugiej strony „nowoczesna” część świata nachalnie proponuje nam kolorowe i bajeczne wynalazki. Jak odnaleźć się w tym chaosie? Cóż, to pewnie pytanie na rozprawę doktorską. Dziś proponuję pochylenie się nad jednym tematem – karmieniem niemowląt i małych dzieci i wpływem tych czynności na rozwój ich mowy. Niepopularnie? Być może. Zaraz jednak spróbuję Was przekonać, że to już najwyższa pora na pochylenie się nad zagadnieniem, który jest bliski wszystkim rodzicom. Dziś dwa punkty widzenia – mamy i logopedy.

baby-552610_960_720

Troszkę teorii, czyli o czynnościach prymarnych

Dla chcących poszerzyć swoją wiedzę i kompetencje warto na początek podać naukowe źródło, do którego zawsze można się odwołać. Są nim badania wybitnej polskiej profesor, Danuty Pluty-Wojciechowskiej, ujęte w pracy pt. Zaburzenia czynności prymarnych i artykulacji. Podstawy postępowania logopedycznego. Czym zatem są owe czynności prymarne, które – jak zaraz wykażę – łączą się z tematem reklam smoczków, kaszek i butelek? Mówiąc najkrócej – są to fizjologiczne czynności związane z jedzeniem, oddychaniem i połykaniem u niemowląt i małych dzieci. Wpływają one bezpośrednio na rozwój mowy maluchów. Wniosek taki – im lepiej zajmiemy się karmieniem naszych maluchów, tym łatwiej nabędą one niezbędne umiejętności związane z mową.

A więc jak się za to zabrać? Najpierw musimy sobie uświadomić, że cała buzia dziecka – usta, język, policzki, gardło – bierze udział zarówno w jedzeniu (i piciu), jak i później – w artykułowaniu rozumianym jako mówienie. I natura wyposażyła nas w cudowne narzędzia – najpierw maluchy zawzięcie ssą mleko, ćwicząc wszystkie mięśnie odpowiedzialne za ten proces. Później uczą się „memlać” kawałki pokarmu, odgryzać, wreszcie gryźć. Pojawia się także umiejętność picia z kubeczka. Wszystkie te etapy – jeden po drugim – są zaprogramowane dla gatunku ludzkiego przez samą naturę. Na czym więc ma polegać rola rodzica? Na nieprzeszkadzaniu w tym rytmie! Zaskakujące?… Być może.

9CYQ9LXTIK

Jak karmić, żeby było dobrze?

Neonatolodzy, pediatrzy, a także logopedzi są zwolennikami karmienia naturalnego, tj. piersią. Pomijając sytuacje, gdy ze względów zdrowotnych bądź innych obiektywnych problemów nie da się tego robić, należy uznać, że karmienie piersią ma same zalety. Poza samym mlekiem dajemy dziecku najlepszy trening mięśni ust, języka. Maluch musi się napracować znacznie bardziej niż ssąc mleko z butelki – i o to chodzi! Prawidłowa jest praca języka, który ćwiczy przed kolejnym ważnym zadaniem – mówieniem.

Ssanie to jednak początkowy etap. Wbrew reklamom naprawdę można obejść się bez mleka modyfikowanego, wprowadzając po karmieniu naturalnym stopniowo w nabiał (i, rzecz jasna, pamiętając o prawidłowej diecie dziecka). Tym samym naprawdę niepotrzebne stają się butelki – zwłaszcza po pierwszym roku życia, który zasadniczo powinien zakończyć ssanie (karmić piersią można dłużej). Podobnie jest z kubkami-niekapkami, z których także trzeba ssać, by leciało picie. Mechanizm działania ssącej buzi jest ten sam, utrwalamy więc nawyki, które już powinny wygasać (jak np. ułożenie języczka na dnie buzi czy połykanie z wypychaniem języka na zęby). Dbamy o wygodę dzieci i własną (bez plam, czysto, wygodnie). A czy nie lepiej poświęcić kilka dni lub tygodni na naukę picia ze zwykłego kubka? Naprawdę, dziecko jest w stanie nauczyć się to robić już około dziesiątego miesiąca życia! Ważne jest delikatne podsuwanie mu kubka do ust, tak by górna warga sama zaczęła „zagarniać” napój do wnętrza buzi.

Oczywiście o tych prostych zasadach nie mówi się zbyt wiele. Kto bowiem zarabiałby na kolorowych butelkach, ślicznych niekapkach czy smoczkach dla dzieci po 18. miesiącu życia? No właśnie. Tymczasem, dostając te wszystkie zastępniki „dojrzałego” przyjmowania pokarmów i napojów, buzie naszych maluchów nie ćwiczą nowych umiejętności. A do mówienia nie potrzebujemy ssania, tylko dobrego połykania, języka przyzwyczajonego do bycia „u góry” w buzi, gryzienia! Pozwalając dziecku na zdobywanie tych umiejętności, słusznie wspieramy jego rozwój, nie zaburzając jego naturalnego rytmu.

baby-84686_960_720

Mit butelki, smoczka i krztuszenia się

Oczywiście takie dążenie do samodzielności przez dziecko może kosztować wiele nerwów. I dotyczy to niekoniecznie jego rodziców, ale często dziadków, krewnych i wszystkich „życzliwych”. Wielu młodych rodziców słyszało, że najlepsza „kaszka z butli na noc” – dla dwulatka; „smoczek do zasypiania” – dla półtoraroczniaka czy – „ono się zadławi!” – gdy mowa o rocznym dziecku z kawałkiem banana w łapce. Cóż… Jesteśmy odpowiedzialni za swoje dzieci, zachowujemy więc rozsądek. Współcześni logopedzi mają jednak mnóstwo pracy z dziećmi, które za długo ssały smoczek lub piły z butelki, jedzą kaszki, bo to, co twarde i do gryzienia jest „be”, czy też w ogóle nie umieją samodzielnie umieścić jedzenia w swojej buzi. To rodzi spore problemy z wymową i gwarantuje długie miesiące bądź lata terapii logopedycznej.

Podążanie za dzieckiem nie jest także gwarantem 100% prawidłowego rozwoju mowy. Jest jednak całkowicie niezbędną rolą rodziców, którzy bardziej niż o czystość przy stole powinni dbać o rozwój swoich maluchów. Wracając więc do tytułu: przy jedzeniu gadać można, ale o jedzeniu i karmieniu – trzeba! Nie dajmy więc sobie mydlić oczu – niezbędne butelki, smoczki czy kaszki naprawdę szybko stają się zbędne. Dajmy się raczej zaskoczyć naszym dzieciom, które chętnie i z radością będą uczyć się  „dorosłego” picia i dzielnego gryzienia. Nagrodą za to będzie prawidłowy rozwój i kolejne pięknie wypowiadane słowa. A wtedy gadanie przy jedzeniu stanie się… czystą (i poprawną, i wyraźną) przyjemnością.

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Polska egzotyczna, czyli podlaskie bezdroża
Doświadczam
Naadam – mongolska olimpiada
Doświadczam
Polskie horrory i Marek Piestrak