Myślę

Zalew informacji – zachowaj wolną głowę!


Współczesny dostęp do mediów to coś więcej niż informacje na życzenie. Jeśli przyjrzymy się bliżej temu zagadnieniu, odkryjemy, że informacje nas po prostu… zalewają. Jak nie wpaść w pułapkę uzależnienia i nie utonąć pod zalewem nowych treści?

Dobre złego początki…

Czy pamiętacie jeszcze te pierwsze zachwyty nad kolejnymi źródłami treści i informacji? Ja świetnie pamiętam pełne emocji zakładanie pierwszej skrzynki e-mailowej (i później sprawdzanie z wypiekami na twarzy, czy przyszła jakaś wiadomość). Wspominam też z uśmieszkiem entuzjazm, jaki wywoływał każdy otrzymany SMS. A to było wydarzenie! W końcu na początku każda wiadomość kosztowała około 1 złotego, a to było sporo dla ucznia! Kolejne etapy wtajemniczenia to był szybki Internet na komputerze, portale informacyjne, społecznościowe. Jak wspaniale było zabłysnąć na naszej-klasie świetnym zdjęciem i sprawdzać, kto je oglądał. Następny szczebel to smartfon – wreszcie wszystko w zasięgu ręki, bez ograniczeń i ciągle!

Czy macie podobne doświadczenia? Zwykle nowinki technologiczne, dostęp do kolejnych portali i łapanie kontaktów bez wychodzenia z domu budzą w nas pozytywne emocje. Zastanówcie się teraz uczciwie – czy te (i inne) źródła dozujecie sobie rozsądnie i logicznie? A może pojawia się konieczność, wewnętrzny przymus, by sprawdzać pocztę elektroniczną co godzinę? Nieustannie być zalogowanym na Facebooku? wnikliwie przeglądać wszystkie subskrypcje? Być na bieżąco z niusami na kilku portalach tematycznych? Sprawdzać nowe wpisy na forum? Sięgać po telefon w sekundę po usłyszeniu odgłosu SMS-a bądź wibrującego dźwięku?

Jeśli choć raz odpowiedzieliście „tak” – problem zalewu informacji Was dotyczy. I wiąże się dodatkowo z pewnym uzależnieniem od ich zdobywania.

Oczywiście wszyscy jesteśmy narażeni na wszechobecny atak treści z wielu stron. Według badań Uniwersytetu w Kalifornii przeciętny Amerykanin przetwarza ponad sto tysięcy słów dziennie. Co to oznacza i do czego prowadzi? Otóż generuje to tzw. przeładowanie informacjami – podobne w USA i w Polsce. 3/4 naszej doby spędzamy na odbieraniu (i przetwarzaniu, bo tego nie da się uniknąć) informacji. Docierają do nas z komputera, smartfona, TV, radia czy – na końcu – od innych osób.

Nasz ignorowany przyjaciel mózg

Choćby społeczeństwo informacyjne XXI wieku bardzo tego chciało, to jednak nie jest tak, że mózg człowieka zdążył ewolucyjnie przygotować się do takiego przetwarzania. Jako ludzie wciąż jesteśmy zaprogramowani na kilka kluczowych celów, w których nie mieści się ciągłe zdobywanie nowych wiadomości. Naturalnie więc nasz mózg na tym cierpi.

Przede wszystkim konieczność segregowania, kategoryzowania informacji zajmuje sporo czasu i energii. Szkodzimy więc sami sobie. Godzinka czytania niusów w Internecie to żaden odpoczynek dla naszych mózgów – a jedynie ciężka praca. Co więcej – zalew cyfrowej, niesegregowanej papki powoduje przeciążenia. Mogą być przyczyną stanów lękowych, bezsenności, depresji czy wielu zachwiań w relacjach społecznych.

Musimy też zdać sobie sprawę, że docierające do nas każdego dnia „sensacyjne” wiadomości znieczulają nasz mózg i „osłabiają” nasze społeczeństwo. Powoduje to zanikanie gestów empatii, współczucia, chęci pomocy. Skoro codziennie słyszymy (czytamy, widzimy…) tyle przykładów przestępstw, mordów, bestialstwa… jak mamy pochylić się nad przeciętnym człowiekiem w potrzebie spotkanym gdzieś na naszej drodze?

Niestety wiele (większość?) informacji jest po prostu… kiepskiej jakości. Dopuszczamy więc do siebie mnóstwo jawnych bzdur, subiektywnych „mądrości”, czyichś opinii, sądów; komercyjnej nowomowy, reklam, sugestii, rad. Nasz mózg gubi się w tym natłoku, przestaje odróżniać wartościowe dane od śmieci, zatraca się obiektywizm i – filozoficznie ujęte – umiłowanie mądrości, prawdy. Powiedzmy sobie to szczerze – społeczeństwo (zbyt) informacyjne to społeczeństwo ogłupione.

Bo śmieci należy… segregować!

Gdybyśmy przyjęli, że docierający do nas zalew informacji to w zasadzie morze śmieci (naprawdę dałoby się bez tego żyć!), może łatwiej zaakceptujemy znany z codzienności nakaz segregowania śmieci. Niech wszystko wpada tam, gdzie tego przeznaczenie.

Pierwszą tarczą przed wrogiem niech będzie  zatem selekcja źródeł. Jeśli czujemy, że to Facebook zabiera nam najwięcej czasu – ograniczmy zerkanie tam np. do dziesięciu minut dziennie. Zrezygnujmy z niepotrzebnych subskrypcji, zajmijmy się problemem spamu w skrzynkach e-mailowych, usuwajmy reklamy bez zaglądania do nich. To pomoże nam odrzucić zasadniczą część infopapki. Kolejnym krokiem może być ograniczenie Internetu w czasie wolnym do minimum. Jeśli nagle poczujemy się skołowani „samotnością” informacyjną, zawsze możemy kupić wartościową (!) papierową gazetę – niech to nie będzie brukowiec, ale np. prasa tematyczna, dla hobbystów. A jeśli już musimy włączyć Internet, naprawdę warto serwisy plotkarskie i blogi zastąpić kwadransem informacji z dwóch źródeł. Wyjdzie nam to na zdrowie i wpłynie na higienę umysłu.

Warto też ograniczyć lub w ogóle wykluczyć telewizję. Przekaz w programach ma na celu trzymanie nas w napięciu, dążenie do następnego odcinka, oczekiwanie na ciąg dalszy. Wyrwijmy się z tej manipulacji! Szkoda czasu, nerwów. Naprawdę jest wiele ciekawszych rzeczy w pędzie życia niż marnowanie czasu na telewizję.

Droga do pewnego rodzaju oczyszczania swojej przestrzeni z nadmiaru informacji zapewne będzie kręta. To walka z przyzwyczajeniami, może nawet uzależnieniem. Jeśli jednak nie chcemy cofać się w rozwoju i zaprzeczać sensowi ewolucji, powinniśmy walczyć o swoje człowieczeństwo. Nie o e-rzeczywistość, tylko o real life, który jest tu i teraz. Dobrym sposobem na „wyrzucenie” z siebie informacyjnego napięcia jest zapisywanie codziennie jednej strony własnych nerwów w formie zapisków. Pozwoli nam to przejąć kontrolę nad przepływem informacji. Zapisanie, co nas zdenerwowało, co było cenne, jaka informacja jest warta zapamiętania, a jaką wyrzucamy w otchłań na zawsze to „analogowy” sposób na segregowanie swojej rzeczywistości. Nie warto kłaść się wieczorem z bagażem informacji, lepiej je – choćby na półsymbolicznie – z siebie uwolnić. Trzymam kciuki za mądre gospodarowanie swoim czasem. Pamiętajmy, że w obliczu prawdziwych wyzwań Facebook, tweety, informacje z rynku X czy I niewiele nam pomogą, natomiast prawdziwe relacje, własna życiowa przestrzeń, pasje – już tak. Mogą być też prawdziwą odskocznią w prawdziwym życiu.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Myślę
Autosabotaż – nieudana próba ratowania samego siebie
Mieszkam
Spółdzielczość po szwajcarsku
Myślę
Illuminati – strach się bać