Doświadczam

Unieruchomieniu mówimy – nie!


Dziecko nigdy nie potrzebuje tak naszej bliskości jak w pierwszym roku życia – i naprawdę warto mu to dać. Później zdecydowanie lepiej pobudzać je do ruchu, którego dzieci potrzebują jak powietrza.

Tajemniczy szósty zmysł

Mówiąc o zmysłach człowieka, zwykle mamy na myśli wzrok, słuch, węch, smak i dotyk. Tymczasem od dawna wiadomo, że w skład aparatów poznawczych człowieka wchodzi także zmysł równowagi (o czym wspomina w swoich pracach np. doktor Carla Hannaford). Zmysł ten ze swoim ośrodkiem ruchu odgrywa doniosłą rolę w rozwoju funkcji umysłowych, czuciowych i ruchowych człowieka.

Czym więc zatem jest i jak go odpowiednio pobudzać? Otóż mowa o układzie przedsionkowym odpowiedzialnym za odbiór przez człowieka jego położenia w przestrzeni, a także określanie kierunków i dostosowanie odpowiednich ruchów do otaczającej rzeczywistości. Układ ten pobudzany jest już w łonie matki. Naturalne jest, że dziecko w macicy cały czas jest kołysane w rytm ruchów mamy, a pływanie i falowanie w wodach płodowych działa nie tylko kojąco, ale także pobudza cały układ i go stymuluje. Także po narodzinach dziecko niejako jest skupione na rozwoju właśnie tego układu (wszakże droga od leżenia na plecach do chodzenia w postawie stojącej długa i zróżnicowana). Wspomniana już Carla Hannaford uważa, że cały proces nauki w pierwszych piętnastu miesiącach życia dziecka koncentruje się na rozwoju układu przedsionkowego. Warte uwagi.

Coraz częściej słyszy się także, że kobiety w ciąży zagrożonej, zmuszone do przyjęcia pozycji leżącej przez długie miesiące, powinny korzystać z półleżących foteli bujanych (dostępnych na oddziałach szpitalnych u naszych zachodnich sąsiadów) około godziny dziennie. Ma to pomóc ich nienarodzonym dzieciom rozwinąć w prawidłowy sposób układ przedsionkowy na etapie życia płodowego. Czy znacie takie dzieci „nieodkładalne”, które przez kilka pierwszych miesięcy musiały być u rodzica na rękach? Noszone w chuście? Nielubiące wózka, fotelika samochodowego, leżenia? Zweryfikujcie, ile takich maluchów pochodzi z ciąż zagrożonych. Wynik może Was zadziwić! Oczywiście to tylko uproszczenie i statystyka, ale… coś w tym jest – i badacze mówią o tym coraz częściej.

Stara dobra kołyska

Zanim nastąpiła era pięknych łóżeczek ze szczebelkami i późniejsza (dobra!) moda na rodzicielstwo bliskości (i związane z tym np. noszenie niemowlaka w chuście), nasze babcie i prababcie owijały maleństwa w powijaki i układały do kołyski. Zasadniczo nie było większych kłopotów z usypianiem dzieci (zresztą kto by miał na to czas przed wiekiem czy dawniej?) – wystarczyło kołysać je rytmicznie w kołysce. Co więcej, dało się to nawet robić nogą, mając ręce wolne i gotowe do ważniejszych spraw niż usypianie maluszka.

Jak pokazują wystawy i skanseny (oraz potwierdzają przekazy najstarszych pokoleń), w prostych chatach, jeśli nie było kołyski, zawieszano pod sufitem kojec. Bujano go jak hamak, a usypiający w środku niemowlak miał wszystko, czego potrzebował – kojące kołysane i ciasne otulenie. Małe dzieci zabierano także w pole, gdzie były albo noszone na plecach mamy, albo drzemały w podobnej konstrukcji „hamaka” posadowionego na trzech grubych kijach.

W latach 70. XX wieku nastała niestety epoka tzw. zimnego chowu. Dziecko trenowano do samodzielności, płacz wyrażający potrzebę bliskości traktowano jako objaw manipulacji, a maluch miał spać grzecznie w swoim łóżeczku (oczywiście podaję te zasady w uproszczeniu i uogólnieniu, czerpiąc głównie z przekazów kobiet z rodziny i znajomych). I wydaje się, że to właśnie dzieci wyrosłe z tego stanu rzeczy jako pierwsze (co ma oczywiście zapewne związek z mnóstwem innych czynników społecznych, np. dietą, dostępnością elektroniki itp. itd.) zaczęły mieć problemy z tak zwaną nadpobudliwością ruchową, diagnozowane (obalane obecnie jako jednostka chorobowa) ADHD i różne problemy sensoryczne.

Nie ma prostej odpowiedzi na pytania dotyczące wpływu rozwoju ośrodka ruchu w pierwszym roku życia na dalsze problemy dziecka. Weźmy jednak pod uwagę nowoczesne badania, które coraz częściej deficyty w funkcjonowaniu układu przedsionkowego łączą z trudnymi do wyjaśnienia zaburzeniami związanymi z zachowaniem, uczeniem się, emocjami i sprawnością ruchową dziecka. Okazuje się, że układ przedsionkowy ma ogromne znaczenie. Najwięcej mogą powiedzieć o tym terapeuci SI i rodzice dzieci z trudnościami w tej materii.

Ruchowi mówimy „tak”!

Jako że temat jest coraz częściej poruszany nie tylko w zamkniętych kręgach terapeutów czy psychologów, pojawiają się dobre i skuteczne inicjatywy wspierające rozwój ośrodka ruchu u dzieci. Okazuje się też, że angażowanie ciała w ruch sprzyja koncentracji, skupieniu uwagi i wyciszeniu – zarówno u dzieci nadaktywnych (diagnozy SI), jak i zdrowych. Świetną realizacją tego założenia jest m.in. tworzenie klas na piłkach. Dzieci w takich klasach (dotyczy to zwłaszcza maluchów, 6-, 7- czy 8-latków) podczas lekcji nie siedzą na drewnianych krzesełkach, tylko właśnie na piłkach! Są one dostosowane wielkością do wzrostu dzieci, mają specjalne wypustki i zapewniają komfortową i zdrową pozycję. Obserwacja i badania wskazują, że dzieci używające piłek do siedzenia w klasie wykazywały poprawę w koncentracji i mniejszą potrzebę ruchu, akceptując pozycję  siedzącą. Siedzenie na piłce wymusza rytmiczny ruch, który zmniejsza pobudzenie.

W Polsce metodę tę wykorzystuje np. szkoła w Bojszowach – ze świetnym skutkiem. Pomysł podłapują też przedszkola i sami rodzice. Z obserwacji wynika, że dzieciaki siedzące na piłce mają z tego nie tylko frajdę, ale także lepiej i skuteczniej pracują. Nie marnują energii na wiercenie się, huśtanie na krzesełku, wstawanie. Muszą niejako skupić się na dynamicznym siedzeniu, co pozwala im lepiej realizować zadania szkolne czy inne aktywności.

Bujanie na co dzień

Jak już wspomniałam, rozwój układu przedsionkowego to zwłaszcza pierwszy rok życia. Jednak jego integracja to właściwie całe dzieciństwo. Warto o tym pamiętać i aktywnie wspierać swoje dzieci w tej materii. Być może unikniemy albo złagodzimy kłopoty z integracją sensoryczną, która przekłada się na wszystkie strefy funkcjonowania dziecka, w tym na emocje, wyniki w nauce, zdolności społeczne.

Powrót do kołyski, noszenia maleńkich dzieci czy bujania w wózku to naprawdę dobre pomysły. Dziecko nigdy nie potrzebuje tak naszej bliskości i kojącego kołysania jak w pierwszym roku życia – i naprawdę warto mu to dać. Później zdecydowanie lepiej pobudzać je do ruchu, którego tak potrzebuje, niż unieruchamiać przed komputerem czy układankami. Rozwój intelektualny uzależniony jest także od rozwoju fizycznego – i można między nimi postawić znak równości. Naturalna potrzeba ruchu u dzieci niech skłania rodziców do walki ze swoim lenistwem czy zmęczeniem. A jeśli dołączymy do tego sprytne pomysły w typie siedzenia na piłkach czy wieczornego (dobrego przed snem!)  łaskotania na łóżku – osiągniemy świetne efekty w domowym zaciszu. Po staremu. Naturalnie. W bliskości i ruchu, których dzieci potrzebują jak powietrza.

Powiązane wpisy

[FM_form id="2"]
Doświadczam
Masz chandrę? Weź na kolana kota
Doświadczam
Sztuczna inteligencja w samochodzie – pomaga czy przeszkadza?
Doświadczam
"Gotowe na wszystko", "Revenge", "Dallas". Nowoczesne opery mydlane są świetne!