Warning: session_start(): Cannot send session cookie - headers already sent by (output started at /SERWISY/figeneration/index.php:3) in /SERWISY/figeneration/wp-content/plugins/freshmail_for_wordpress/src/Plugin/Newsletter/Freshmail.php on line 15

Warning: session_start(): Cannot send session cache limiter - headers already sent (output started at /SERWISY/figeneration/index.php:3) in /SERWISY/figeneration/wp-content/plugins/freshmail_for_wordpress/src/Plugin/Newsletter/Freshmail.php on line 15
Bioenergoterapia – alternatywa czy głupota? – FiGeneration
Doświadczam

Bioenergoterapia – alternatywa czy głupota?


(Fot. Flickr/blmurch/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/blmurch/Lic. CC by)

Chodzimy do lekarza niemal bezwiednie. Przeziębienia, gorączka, grypa… Znamy te choroby na pamięć, tak samo jak nazwy leków, dzięki którym dosyć skutecznie się ich pozbywamy. Jedni czasami wspomną, że coś na nich nie działa albo żeby nie kupować tych tabletek, bo to sama chemia. Bywa, że takie osoby, chcąc uciec od farmaceutyków, nieprzyjemnych skutków ubocznych lub po prostu z kompletnej bezradności kierują swoje kroki do kogoś, kogo dzisiaj czasem wciąż nazywa się szarlatanem – do bioenergoterapeuty, który w swoim małym dziwnym gabinecie… No właśnie, co on tam robi.

Nie ma niczego bardziej wiarygodnego niż własne doświadczenie. Około pięciu lat temu nie byłam w najlepszym stanie psychofizycznym. Funkcjonowałam normalnie, ale bardzo dużo spałam, niewiele jadłam i nie miałam energii. Przekładało się to na moje samopoczucie – chwilami wyglądało to tak, jakbym miała depresję. Chociaż ja uważałam, że nic takiego się ze mną dzieje, moja babcia – jak to mają w zwyczaju babcie – była przerażona i próbowała swojej wnuczce jakoś pomóc. Nie pomagały jej zbawienne wywary z jagód ani rozmowy ze mną.

Postanowiła zaprowadzić mnie do szamanki – jak miała w zwyczaju mówić. Udałyśmy się więc razem do kobiety, której gabinet mieścił się jakimś cudem w małym mieście, w jakim mieszkałam do czasu studiów. W środku było normalnie: hol, stół, fotele, herbatka. Jedyne, co wzbudzało moje zainteresowanie, to obrazy na ścianach. Przedstawiały one przepiękne anioły, kolorowe mandale, a czasami po prostu wielobarwny miszmasz, wyglądający bardziej na zabawę trzylatka z farbami niż zamierzoną sztukę, co nie zmienia faktu, że wyglądało to wszystko wręcz hipnotyzująco. Do tego na półkach i szafkach stały figurki aniołów, ponieważ – jak się okazało – kobieta je kolekcjonuje i uzbierała już imponującą liczbę małych uśmiechniętych figurek ze skrzydełkami.

Po rozmowie z moimi opiekunami weszliśmy do pomieszczenia, w którym miał zostać wykonany „zabieg”. Najpierw całkiem zwyczajna starsza pani przeprowadziła ze mną wywiad dotyczący moich potrzeb: czego oczekuję i co chciałabym zmienić. Wypytała mnie szczegółowo o nawyki żywieniowe oraz sportowe. Stwierdziła, że stanowczo za mało jem, i wyjaśniła mi kilka rzeczy związanych z chodzeniem spać. Następnie położyłam się na kozetce głową w dół i leżąc, czekałam na przedstawienie. Nic nie widziałam, jedynie kątem oka obserwowałam, że bioenergoterapeutka chodzi wokół mnie i czasami prze coś rękami nad moimi plecami czy głową, jakby chciała zepchnąć ze mnie ciężki przedmiot.

Wyglądało to tak, jakby się naprawdę męczyła i rzeczywiście wyglądała później na zmęczoną. Z ręką na sercu przysięgam, że nie wiem, co ta kobieta zrobiła i jak (kiedy ją pytałam, odpowiadała uśmiechem), ale w momencie kiedy przepchnęła kilka razy energię (czy cokolwiek to było), poczułam się… niebiańsko. Nie potrafię inaczej tego określić. Nie wiedziałam nawet, że na co dzień można się tak czuć! Byłam lekka, oddychałam spokojnie i głęboko. Jakby wszystkie emocje, które się nade mną nagromadziły, nagle zniknęły jak za dotknięciem magicznej różdżki. Moje ciało było perfekcyjnie rozluźnione, a ja czułam się tak, jakbym się narodziła na nowo.

(Fot. Flickr/vice1/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/vice1/Lic. CC by)

Jedyny mankament był taki, że po wyjściu stamtąd i zostawieniu miłej pani około stówy za dwudziestominutowy seans moje ciało zaczęło powracać do starego nawyku i już po godzinie czułam się tak jak teraz. Moja siostra była u tej pani jakiś rok później i jej doświadczenia były dokładnie takie same. Pamiętam do dziś słowa „szamanki”: ile ty tego na siebie wzięłaś?! Ale co ja na siebie takiego wzięłam i jak ona się tego pozbyła?

Wygląda na to, że musiało to być coś, co powodowało opór i blokadę, której pozbycie się rozluźniło moje ciało, do mózgu zaczęło dopływać więcej krwi, poczułam się pełna energii i wigoru. Z punktu widzenia bioenergoterapeuty zostały oczyszczone moje meridiany, czyli kanały, którymi energia porusza się w ciele. Ich zablokowanie powoduje chorobę, a swobodny przepływ energii związany jest ze stanem równowagi i zdrowiem. Głównymi centrami energii w naszym ciele są czakramy, które biegną wzdłuż kręgosłupa, od jego podstawy aż do czubka głowy. Jeden z nich, tzw. czakram trzeciego oka, można aktywować, pocierając dłonią środek czoła, a dysfunkcję innego, zwanego czakramem serca, można dotkliwie poczuć po stracie miłości (złamane serce).

Wiedza, z której korzystają terapeuci, sięga Dalekiego Wschodu i ma kilka tysięcy lat. Energia, którą uzdrawiają, to energia życiowa. Dzięki niej komórki trawią, oddychają i rosną. Jej wypadkową jest aura, biopole, które czasami można dostrzec kątem oka u niektórych ludzi. Fakt, że leczący jest świadomy swojego ciała i energii, jaką ma, sprawia, że może nią odpowiednio pokierować w celach uzdrowienia. Tak jak wspomniałam, został zrzucony ze mnie ogromny emocjonalny balast w postaci strachu czy poczucia winy. To, że tych emocji nie widać, nie znaczy, że nie istnieją.

(Fot. Flickr/wonderlane/Lic. CC by)

(Fot. Flickr/wonderlane/Lic. CC by)

Oczywiście w naszym świecie wszystko ma swoich zwolenników i przeciwników. Na drugim końcu pola bitewnego o to, kto ma rację w sprawie leczenia energią, dumnie powiewają bowiem flagi zagorzałych racjonalistów, lekarzy medycyny konwencjonalnej, przedstawicieli Kościoła katolickiego czy katolików. A zarzutów jest mnóstwo. Przede wszystkim medycyna nie potwierdza istnienia w ludzkim ciele czegoś takiego jak meridiany czy czakramy. Sama zresztą mogę to potwierdzić, bo miałam zajęcia z anatomii i widziałam człowieka – że tak to ujmę – od środka. Przysięgam: w środku nic nie ma. Są żyły, serce i płuca, ale dziwnych i pięknych ośrodków energetycznych nie zauważyłam.

Po drugie energia, jaką leczą bioenergoterapeuci, pozostawia wiele do życzenia. Energia po prostu istnieje i może występować w różnych formach (energia termiczna, magnetyczna, elektryczna – każda z nich w naszym ciele za coś odpowiada), ale nie potrafimy jej przekazywać w sposób uporządkowany drugiemu człowiekowi. Energia może jedynie zostać zamieniona na inną, a jej przepływ nie gwarantuje magicznego ozdrowienia.

Jeszcze inaczej postrzega bioenergoterapię Kościół katolicki. Jakakolwiek bowiem niezidentyfikowana energia jest wciąż czymś nieznanym, a więc zapewne nie pochodzi od Boga, tylko od Szatana. Jednak w gabinecie, w którym byłam, na ścianie wisiał ogromny obraz Jezusa Miłosiernego, chociaż bioenergoterapia kojarzona jest zwykle jako przeciwieństwo religii. Duchowni nie negują istnienia „czegoś”, co otacza nasze ciało, ani „czegoś”, co je uzdrawia. Czytałam wiele opowieści ludzi wierzących, dla których przygoda z bioenergoterapią stała się koszmarem. Uwolnił ich od niego dopiero dobry egzorcysta. Księża po prostu ostrzegają przed zgubnymi efektami oddania swojego ciała i umysłu w ręce osób, którym nie do końca możemy zaufać ze względu na wątpliwe podstawy medyczne. Mają oni świadomość istnienia wielu zagrożeń i chociaż nie do końca są w stanie je nazwać – radzą uważać.

Jakiekolwiek są Twoje poglądy, człowieku FiGeneration, szanuję je i uznaję, że są dla Ciebie najlepsze. Moja mała przygoda bioenergoterapeutyczna pozostawiła we mnie fascynujące wspomnienia. Była niezapomnianym doświadczeniem, które chciałabym powtórzyć i znaleźć odpowiedzi na wiele pytań. Podchodzę do tego z zachwytem i nie boję się, ponieważ nic mi się nie stało. Wierzę w słowa Szekspira: „są rzeczy na niebie i na ziemi, o których się filozofom nie śniło”. Były one aktualne w jego czasach i są aktualne dzisiaj. Uważam, że otwarty umysł i otwarte ramiona na drugiego człowieka są o wiele ważniejsze niż batalia o to, czyja jest racja.

Przecież coś jednak jest w tym, że dotykamy się w miejscu zranienia albo przytulamy mocno do bliskiej osoby, kiedy jest nam źle. Nasze ciało intuicyjnie zasila się pozytywną energią emocjonalną od ludzi, którym ufa – z tym zgodzi się już każdy. Jakaś tajemnica jest w tym, że dotyk jednej osoby nas elektryzuje i sprawia, że mamy ciarki, a dotyk drugiej powoduje wręcz złość i agresję. Coś nas pcha w kierunku niektórych ludzi (mówimy, że mają dobrą aurę), a sama obecność innych może doprowadzać do szału. Nie wszystko da się zawsze racjonalnie wyjaśnić – i właśnie to jest piękne. Celem tego wszystkiego jest zdrowie i dobre samopoczucie oraz szczęście, które jest subiektywne. Sposób, w jaki je sobie je zapewniamy, jest nieważny. Ważniejsze jest to, aby był skuteczny.

Podobał Ci się artykuł?

Zapisz się do naszego newslettera, aby otrzymywać co jakiś czas informacje o nowych artykułach.

email marketing powered by FreshMail
Myślę
Jak wykorzystać swoją podświadomość?
Myślę
Wybrane techniki manipulacji (cz. 2)
Myślę
Winda kosmiczna. Czy science fiction ma szansę na realizację?